Jerzy Bahr (1944-2016)

O tym, że chorował, wiedziałem od dawna, ale chorował tak, jak żył – po cichu, z boku, w podkrakowskich Michałowicach. Jerzy Bahr umarł dzisiaj i razem z nim odszedł kawałek mojej politycznej młodości.

Poznałem go w 1996 roku, gdy jako młody prezydencki minister "od Ukrainy", przybyłem do Kijowa. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że drobne gesty i powściągliwość, to kawałek Jego filozofii. W życiu i w polityce. Gdy moi ukraińscy partnerzy spóźniali się, z uśmiechem zalecał cierpliwość, mówił – tu tak jest i myśl o tym, co chcesz załatwić, a nie jak się zachowują…



Mieszkał wtedy w budynku ambasady RP w Kijowie. Trudno to było nazwać rezydencją, ale nawet w takich warunkach Jego świat był pełen bibelotów i pamiątek, bo Jurek zawładnął Wschodem, a Wschód Nim. Kochał prowincje Ukrainy, Litwy, a później Rosji. Kochał prostych ludzi i klimat, który wytworzyło imperium, najpierw carskie, potem radzieckie, ale ludzie byli zawsze ponad imperiami.


Jerzy Bahr wrócił do Polski po zakończeniu misji na Litwie i stał się moim następcą w BBN. Rozmawialiśmy w tamtym czasie długimi godzinami, bo już wtedy, w 2005 roku, świat był coraz bardziej skomplikowany. Swoją dyplomatyczną misję zakończył w Moskwie, w najtrudniejszej sytuacji, na jaką mógł trafić. To On żegnał zwłoki polskiej delegacji, która tragicznie zginęła w Smoleńsku.

Był człowiekiem opozycji, ale ten fakt był prywatny. Nie miał żadnego problemu, by mądrze rozmawiać z taką postkomuną jak ja. Z pożytkiem dla Rzeczpospolitej.

Jego "Bahrak", jak przekornie nazywał swój dom w Michałowicach, mógłby być muzeum tolerancji, mądrości, kompetencji i uśmiechu.

Cześć Jego pamięci!
Trwa ładowanie komentarzy...